wtorek, 4 lipca 2017

Kapuściński non-fiction, Artur Domosławski

Publikacja książki rozpoczęła się z sądowym "przytupem", którego finał jak to zwykle bywa minął prawie niezauważony. Nie dziwię się wdowie po pisarzu (co nie znaczy, że przyznaję jej rację). Jej pretensje są zrozumiałe - człowieka, którego postawiła na ołtarzu swojego życia, pokazano publicznie jako, oglądnie mówiąc, dalekiego od ideału a przy okazji i jej samej mocno się oberwało. O córce Ryszarda Kapuścińskiego nie ma nawet co wspominać.


To musiało być ciekawe doświadczenie dla Artura Domosławskiego, odkrywać że "maestro" którego znał i w którego domu bywał dziewięć lat, w rzeczywistości daleki jest od wizerunku jaki został wykreowany przy zresztą przy jego czynnym udziale. Jednak czy to nie dziwne, tyle lat znać człowieka i w sumie nic o nim nie wiedzieć? Podobnie jak "dziwne" wydaje się publiczne pranie brudów przyjaciela (?) po jego śmierci. Ale to już problem Autora. W każdym razie, moim zdaniem, nie ulega wątpliwości, że "szargając świętości" napisał bardzo interesującą książkę właśnie dzięki wywlekaniu na światło dzienne tego co wcześniej było starannie skrywane pod korcem przez samego Ryszarda Kapuścińskiego albo choć znane, ginęło w chórze "obowiązkowych" zachwytów.

Artur Domosławski, deklaruje się w "Kapuściński non-fiction" jako podchodzący z estymą do bohatera swej książki i jego dorobku pisarskiego ale jednocześnie, volens nolens, dokonuje "zamachu" na autorytet swojego "maestra" na wszystkich frontach. Począwszy od życia osobistego a skończywszy na twórczości a to co pisze, daje obraz żenujący i nie znajdujący żadnego wytłumaczenia. Co można sobie pomyśleć o kimś kto utrzymuje zatrącający o ménages à trois ponad trzydziestoletni związek a jednocześnie zwalający troskę o dom i dziecko na barki żony, wykorzystując jej bezkrytyczne zapatrzenie w siebie.

Nie przysparza też Kapuścińskiemu sympatii wizerunek oportunisty, człowieka który trzyma akurat z tymi, z którymi znajomość może obrócić na swoją korzyść. Słabe to usprawiedliwienie, że nie chodziło w tym o karierę w jej potocznym rozumieniu, pięcie się po szczeblach władzy ale o realizację własnej pasji, której podporządkował życie swoich bliskich i swoje.

Powiedziałbym, że na tym tle jego stalinowskie, młodzieńcze zapały, z perspektywy czasu wyglądają jakoś niegroźnie, podobnie zresztą jak członkostwo PZPR czy współpraca z wywiadem PRL. Jakoś nie zrobiło to na mnie wrażenia, bo gdy czyta się cytowane w książce depesze dla PAP-u, to trudno było mi się oprzeć się wrażeniu, że już one stanowią element "białego wywiadu" a formalny akces jest tylko postawieniem kropki na i. Mam nieodparte podejrzenie, że wszystko to stanowiło w mniejszym lub większym stopniu stanowiło właśnie przejaw oportunizmu Kapuścińskiego, może jeszcze w najmniejszym stopniu w przypadku jego młodzieńczej aktywności, którą pewnie w dużym stopniu można tłumaczyć cechami typowymi dla młodego wieku.

Do tego dochodzi obnażenie mankamentów twórczości "maestra". Nie da się ukryć, że próba przestawienia twórczości Kapuścińskiego z półki reportaże na półkę literatura piękna, choć sama w sobie nie ma nic deprecjonującego, to jednak w rzeczywistości stanowi zamach na ocenę dorobku "cesarza reportażu". Okazuje się bowiem, że dokumentalne zapisy swobodnie traktują rzeczywistość, wiele z nich stanowi projekcję heroicznych wyobrażeń o sobie samym, nie mówiąc już o tym, że niektóre książki można napisać w ogóle nie ruszając się zza biurka w Warszawie.

Artur Domosławski niby stara się nie deprecjonować twórczości swojego mistrza ale efekt jaki jest, każdy widzi. Nie ukrywam, że nie jestem miłośnikiem twórczości Kapuścińskiego (z wyjątkiem "Cesarza"). Jego książki wydają mi się mocno przereklamowane i interesujące tylko dla tych, którzy interesują się historią polityczną. Ilu czytelników Kapuścińskiego urodzonych po 1989 roku wie (nie zaglądając do wikipedii) czym była teologia wyzwolenia, czym był "rok Afryki" albo MPLA. Domosławski twierdzi, że w swoich książkach Kapuściński dawał wyraz swojej lewicowej wrażliwości. Jeśli jednak nawet tak było, to była to lewicowość szczególnej próby, skoro łączyła się z członkostwem w partii, która kazała strzelać do robotników.

Z "Kapuścińskiego non-fiction" wyłania się postać, łagodnie mówiąc, nieciekawa w życiu prywatnym. Gorzej, że także w sferze, dzięki której Ryszarda Kapuściński zyskał uznanie pojawiają się głębokie skazy, które sprawiają, że jego twórczość wypada traktować z większym dystansem, mniej jako wierne odzwierciedlenia rzeczywistości a bardziej jako wyraz własnych poglądów przefiltrowanych przez troskę o to jak będą odebrane przez czytelników. Dla miłośników jego twórczości odkrycie, że "król jest nagi" zapewne nie będzie zbyt przyjemne ale zawsze warto poznać prawdę. 

piątek, 30 czerwca 2017

Nagan, Stanisław Rembek

Nad twórczością Stanisława Rembeka ewidentnie ciąży jakieś fatum. Mimo, że był pisarzem wybitnym, błąka się gdzieś po obrzeżach czytelniczego obiegu. Nie pomogły nawet filmy osnute na kanwie jego książek - "Wyrok na Franciszka Kłosa" Andrzeja Wajdy i "Szwadron" Juliusza Machulskiego, choć w sumie nie ma się co dziwić bo pierwszy jest słaby a drugi przeciętny. Nie zmieniały tego stanu rzeczy także kolejne, wydania "W polu" przynajmniej jeśli chodzi o książkową blogosferę. Ale może to i lepiej, po tym jak na którymś z blogów wyczytałem, że "W polu" kojarzy się z "Paragrafem 22" i "Przygodami dobrego wojaka Szwejka".


W cieniu opus magnum Rembeka znajduje się jego debiutancka powieść "Nagan". Nie ma co ukrywać, nie jest to powieść tego formatu, co w "W polu" ale to znaczy tylko tyle, że nie jest wybitna. Ma już natomiast cechy Rembekowej prozy, dalekiej od czytelniczego mainstreamu. Nie jest książką z gatunku tych, które czyta się gładko i przyjemnie, by zaraz zapomnieć o czym właściwie była, i którą kwituje się słowem "fajna". "Nagan" nie jest "fajny", jest jakby próbą generalną przed "W polu", jest w nim to, co w słynnej opowieści Marlowa - "sens jakiegoś epizodu nie tkwi w środku jak pestka, ale otacza z zewnątrz opowieść, która tylko rzucała nań światło - jak blask oświetla opary - na wzór mglistych aureoli widzianych czasem przy widmowym oświetleniu księżyca".

Niby wszystko jest tu jasne - wojenna tragedia pomyłek z miłosną osnową lekko zatrącając miejscami (na szczęście nielicznymi) Stachem Połanieckim, co jest, moim zdaniem, jedynym mankamentem książki. Wydawałoby się, cóż w tym może być niejasnego?! A przecież już po kilku stronach staje się nie ulega wątpliwości, że nie o przewagi (dyskusyjne) oręża polskiego, ani nie o wielką miłość tu chodzi. Rembek zostawia czytelnika skonsternowanego, bo wszystko wydaje się zrozumiałe - wiadomo o czym jest każdy epizod z osobna, a jednak ma się nieodparte poczucie, że niepostrzeżenie istota książki, coś ważnego przeciekło mu między palcami.

Klamra spinająca Nagan rozpoczynająca się od suchego komunikatu sztabu generalnego a kończąca spostrzeżeniem narratora, że "Nikt na tej huczącej od wielu lat wojną okolicy nie zwrócił uwagi na samotny, głuchy wystrzał..." kończący życie głównego bohatera kojarzy się nieodparcie z "Na zachodzie bez zmian" (choć chronologicznie rzecz biorąc, Stanisław Rembek chyba był pierwszy). Ale na tym podobieństwo się kończy. O ile nie budzi wątpliwości, że książka Remarque'a podporządkowana jest pacyfizmowi, to z "Naganem" już tak łatwo nie jest. Przede wszystkim nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że jest to powieść pacyfistyczna. Już chyba bliżej Rembekowi do Ernsta Jungera bo wojna u niego odsłania prawdę o człowieku w innych okolicznościach niemożliwą do poznania. Poświęcenie dla ojczyzny przestaje być tylko nic niekosztującym frazesem a obcowanie ze śmiercią i cierpieniem, nie tylko tym z fizycznie odniesionych ran sprawia, że główny bohater pyta o rzeczy fundamentalne - "W jakim celu Bóg zatrzymał jego samego na ziemi, jeśli teraz odbiera mu wszystko, dla czego mógłby jeszcze żyć?... Czem jest człowiek, i co z jego czynów zostaje na świecie?...", na które czytelnik musi spróbować sam sobie odpowiedzieć, nie mając wcale pewności czy Rembek by się z nim zgodził.

Ma się wrażenie, że warstwa fabularna powieści ma służyć za przypowieść, ale przypowieść o czym, to już nie jest takie jasne. Tak jak wcale nie jest oczywista rola tytułowego rewolweru. Ma niby stanowić talizman przynoszący szczęście, przechodząc z rąk do rąk (przypominając w tym "Dzieje jednego pocisku" Andrzeja Struga) zupełnie się w swej roli nie sprawdza. Rzecz zostaje "wyparta" przez człowieka. Wszak to główna postać kobieca pełni rolę femme fatale - przecież każdy mężczyzna, który się z nią na dłużej zetknął, ginie, no ale nie bez kozery Jacek Malczewski wyobrażał sobie śmierć pod postacią kobiety.  

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Grzesiuk. Król życia, Bartosz Janiszewski

Książka Bartosza Janiszewskiego jest - jak głosi napis na okładce - pierwszą biografią barda stolicy. I na tym pierwszeństwie polega zasadnicza zaleta tej książki. No, może jeszcze i na tym, że zawiera ona niepublikowane wcześniej fragmenty twórczości Grzesiuka. Co do reszty, to można powiedzieć, że z lektury niedwuznacznie wynika, że Autor lubi swojego bohatera lecz ta sympatia sprawiła, że zapomniał o starej Arystotelesowskiej zasadzie - "amicus Plato, sed magis amica veritas". Trudno inaczej bowiem traktować staranne unikanie owijanie w bawełnę i ślizganie się po wielu drażliwych dla mitu Grzesiuka kwestiach. 


Jak inaczej bowiem wytłumaczyć fakt uporczywego traktowania Grzesiuka jako dziecka z "dołów"?Najdziwniejsze, że Autor sam przytacza głosy zaprzeczające tej wersji, przedstawia dowody na to, że rodzina bohatera książki absolutnie nie kojarzy się z biedą i marginesem społecznym. Wręcz przeciwnie - wygląda na solidną mieszczańską rodzinę, w której żyje się jak "Pan Bóg przykazał". Ale chwilę potem wszystko wraca do "normy", za którą stoi tylko to co można wyczytać w "Boso w ostrogach", a przecież wiadomo, że to zbiór historyjek, których autorami byli także koledzy Grzesiuka z lat młodości. Cóż, ktoś kiedyś zapewne uznał, że Grzesiuk będzie lepiej wyglądał jako wariant Janka Muzykanta niż Tomaszka Niechcica. 

Drugą kwestią budzącą wątpliwości, to sposób w jaki Bartosz Janiszewski potraktował przynależność Grzesiuka do PPR a później do PZPR i nie chodzi tu o "dekomunizację" pisarza. Nie ma co się łudzić, swoją karierę w administracji służby zdrowia zawdzięczał partyjnej legitymacji (i chcę wierzyć, że tylko temu). Czy alkoholik nieumiejący poprawnie napisać zdania mógł sprawować kierownicze stanowisko w latach 50-tych? Oczywiście, pod warunkiem, że był członkiem partii. To było podstawowe i często jedyne kryterium. Tymczasem, Bartosz Janiszewski opowiada czytelnikom "głodne kawałki" jak to Grzesiuk postanowił zostać dyrektorem, zgłosił się do na kurs i został dyrektorem. Każdy, kto ma choćby minimalne wyobrażenie o funkcjonowaniu administracji państwowej w okresie stalinowskim, może tylko nad tym z politowaniem pokiwać głową.

Gorzej, że okazji do tego jest więcej, jak choćby wówczas gdy dowiadujemy się, że Władysław Łoziński był... kronikarzem z epoki saskiej (sic!), albo przy okazji podejmowania ryzykownych informacji na temat wzrostu Grzesiuka. To oczywiście drobiazg. Nie jest już nim jednak bezkrytyczne przejście do porządku dziennego nad twierdzeniem Grzesiuka, że nigdy nie należał "do żadnej organizacji, która mogłaby w czymkolwiek krępować" jego swobodę. Doprawdy?! Cóż, przyjmuję więc do wiadomości, że PPR i PZPR w niczym Grzesiuka nie krępowały. Warto wspomnieć, że to zapewnienie pisarza pada w odniesieniu do jego uczestnictwa w konspiracji. Rzecz w tym, że nie ma na to żadnych świadków ani dokumentów poza gołosłownymi zapewnieniami pisarza.

W książce, z której Stanisław Grzesiuk wyłania się przede wszystkim jako twórca - pisarz i piosenkarz, mam wrażenie, że jakoś się zaciera prawda o nim jako o człowieku. Niby można sobie dodać dwa do dwóch i dojść do wniosku, że był obibokiem, alkoholikiem zdradzającym i poniżającym żonę, niezajmującym się własnymi dziećmi. To wszystko jest jakoś tak podane na miękko, jak w "historyjce" profesora Józefa Rurawskiego, który miał przyjechać by zobaczyć żonę Grzesiuka oblaną zupą, z garnkiem na głowie, który nałożył jej rozzłoszczony na nią bard Czerniakowa. Zabawne?! Jednak chyba jakoś nie bardzo, podobnie jak i inne "psikusy", przypominające te z wiersza Brzechwy o "Procie i Filipie". A można tak jeszcze i jeszcze.

Owszem, nie przeczę, książkę czyta się bardzo dobrze ale mówiąc szczerze zamiast informacji, że kompan od kieliszka Grzesiuka znał Hłaskę, a protektorki pisarza były przyjaciółkami Jadwigi Kaczyńskiej, wolałbym dowiedzieć się czegoś wiarygodnego na temat samego Stanisława Grzesiuka. 

niedziela, 18 czerwca 2017

Cienka czerwona linia, James Jones

Obok "Stąd do wieczności", "Cienka czerwona linia" jest chyba najpopularniejszą powieścią Jonesa, nie wykluczone, że za sprawą filmu, który doczekał się aż siedmiu nominacji do Oskara. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy byłem nią, co tu dużo mówić, rozczarowany. Spodziewałem się, jak przystało na amerykańską rzecz o wojnie, bitewnych fajerwerków z powiewającym dumnie gwiaździstym sztandarem i romansu z piękną kobietą w tle a okazało się, że książka zupełnie nie spełnia tych wymogów. Dopiero teraz, po latach przyszło mi ją docenić, choć bez zachwytów.


Owszem, są w "Cienkiej czerwonej linii" wojenne zmagania ale bez fajerwerków. "Nie było tu najwyższej próby sił wspaniałego władania mieczem, rozkrzyczanego, wikingowskiego heroizmu, wytrawnego strzelectwa", gwiaździstego sztandaru zupełnie brak a o kobietach lepiej w ogóle nie mówić, bo wspomniana jest tylko jedna i w dodatku została przedstawiona w takim kontekście, że krytyka feministyczna pewnie odsądziłaby za to Jonesa od czci i wiary, gdyby tylko którejś z pań krytyczek zechciało się przebić przez książkę.

Nie ma co ukrywać, lektura powieści Jonesa nie jest rzeczą łatwą, zarówno za sprawą surowego języka, oszczędnego stylu jak i szczegółowości opisu, który chwilami z pewnością bardziej zainteresowałby ekspertów od taktyki wojennej specjalizujących się w wojnie na Pacyfiku niż zwykłego czytelnika. No i jeszcze ten zbiorowy bohater, bo w "Cienkiej czerwonej linii" Jones dzieli uwagę i czytelnika pomiędzy kilkanaście postaci (tych ważniejszych), żołnierzy kompanii C - jak Charlie, wśród których trudno dojrzeć faworyta.

A jednak coś jest w tej powieści, na pierwszy rzut oka sprawiającej wrażenie trochę ciężkawej, bo jej bohaterowie są równie niepociągający jak pisarski styl Jonesa i budzą raczej antypatię. Bo czy sympatię mogą budzić ludzie, u których zabicie człowieka wywołuje podziw a nie zgrozę i wstręt? Ale jednak budzą zainteresowanie. Co stoi za ludzką magmą, która dla "czynników oficjalnych", decydujących o losach kompanii, to tylko "zespół, zespół, zespół!", która tylko niejasno domyśla się, że "dla świata, dla wojny, dla kraju, dla kompanii żaden z nich nie ma znaczenia, że są zużywalni jak banknoty dolarowe, że mogą wszyscy umierać dzień po dniu, jeden po drugim i nie będzie to ni cholery znaczyło dla nikogo dopóki będą uzupełnienia."

Dla czytelnika bohaterowie Jonesa "nie byli kółkami w maszynie bez względu na to, co ktokolwiek mówił", i niezależnie od tego jak są traktowani. Nie ma tu znaczenia ich charakter, pochodzenie czy status społeczny, ciągle są ludźmi a nie zespołem do wykonywania zadań. Ale nie znaczy to, że oglądamy postacie "Cienkiej czerwonej linii" przez różowe okulary. Jones nie ma co do nich złudzeń, według niego "każdy żyje jakąś wybraną fikcją. Nikt w gruncie rzeczy nie jest taki, jak udaje. Każdy wymyśla jakąś fikcyjną opowieść o sobie, a potem po prostu udaje przed wszystkimi, że jest właśnie taki. I wszyscy mu wierzą, albo przynajmniej akceptują tę jego opowieść." Okazuje się jednak, że nawet nie sama wojna lecz konieczność zmierzenia się ze śmiercią zdziera każdą maskę, tę pochlebną i tę niepochlebną jaką przybiera człowiek. W obliczu śmierci nie ma mowy o jakimkolwiek udawaniu. Polecam!

piątek, 2 czerwca 2017

Nocny jeździec, Robert Penn Warren

Podobno najlepszą książką Roberta P. Warrena jest "Gubernator" - bardzo być może, ale i "Nocny jeździec" nie przyniósł mu wstydu i udowodnił po raz kolejny, że literatura amerykańska, należy do "przodujących" literatur na świecie. To swoją drogą jakaś dziwna sprawa. Jednym z podstawowych zarzutów w stosunku do literatury polskiej, która cichutko wegetuje sobie na peryferiach jest jej "prowincjonalizm", podejmowanie tematów "egzotycznych", zrozumiałych tylko dla nas.


Nie bez znaczenia jest też pewnie i talent autorów, bo wypadałoby jeszcze mieć coś do powiedzenia, a z tym jak wiadomo również jest krucho. A przecież Robert P. Warren również podejmuje z punktu widzenia większości czytelników "egzotyczny" temat - bo cóż mogą nas obchodzić i co wiemy o problemach plantatorów tytoniu z amerykańskiego Południa sprzed stu lat. A jednak gdy czyta się "Nocnego jeźdźca" to ma się wrażenie, że ceny tytoniu w tej książce w gruncie rzeczy nie są takie ważne. Czyta się powieść Warrena bardziej jako historię człowieka uwikłanego w nakręcającą się spiralę przemocy, z której nie potrafi się wywikłać. Jako historię człowieka, przy ocenie, którego sympatia jaką budzi przeważa w ostateczności, mimo wszystko, nad twardą, realistyczną oceną jego czynów.

Jego postępowanie, choć prowadzi do przemocy, nieszczęść i śmierci, a w końcu także śmierci jego samego wydaje się zrozumiałe i usprawiedliwione, do czasu. W którymś momencie, niepostrzeżenie, to co zasługiwało, tak przynajmniej się wydaje, na aprobatę, zaczyna budzić sprzeciw. A może to złudzenie. Może od samego początku droga, którą obrał Perse Munn była drogą donikąd, skazaną z góry na porażkę. Może tak jak padł ofiarą kłamstwa i własnych złudzeń w stosunku mordercy, którego uwolnił od kary, kosztem życia niewinnego człowieka, tak samo padł ofiarą własnych złudzeń stając po stronie wyzyskiwanych plantatorów.

Tylko kto mu dał prawo do utożsamiania własnych przekonań z przekonaniami innych? Skąd przekonanie o tym, że wie najlepiej, co słuszne i dobre dla innych? Czy można decydować o tym za innych, wszak człowiek ma wolną wolę i nawet decyzja o tym, czy będzie podążać drogą, która prowadzi do nędzy i upadku jest jego własną decyzją. Jeśli odrzuca walkę o własne prawa, jeśli godzi się na warunki silniejszego, ciągle pozostaje to jego własną decyzją.

Główny bohater "Nocnego jeźdźca" odmówił tego prawa innym, wierząc we własne racje, które głosił, uznał że wie lepiej co jest dla innych dobre a co złe a tych, którzy się z tym nie zgodzili, ukarał za błędną, w swoim mniemaniu, decyzję. Wypaczył ideę, która legła u podstaw buntu, czyniąc biednych jeszcze biedniejszymi, tylko dlatego że ośmielili się mieć inne niż on zdanie. Krzywdy uczynnionej nie da się naprawić a przemoc rodzi przemoc i to nie tylko w stosunkach, że tak powiem, "zewnętrznych". Atakowani będą się bronić, to naturalny i w pełni zrozumiały odruch. Naruszone relacje społeczne będą podlegały ochronie - to jasne i oczywiste dla wszystkich. Nie ma tu niespodzianek. Te są w "Nocnym jeźdźcu" w relacjach osobistych głównego bohatera, który "przynosi" przemoc z zewnątrz do domu, odreagowując to co działo się poza nim. Tyle, że tym razem ofiara nie godzi się by to znosić.

Robert R. Warren pozostawił czytelnikom ocenę wymiaru kary i nie chodzi nawet o śmierć Perse Munna lecz o utratę rodziny, czy jego winy były aż tak wielkie i nie do wybaczenia by stracił to, co było dla niego dotychczas najważniejsze, walcząc o słuszną ideę niesłusznymi środkami. 

niedziela, 14 maja 2017

Za drutami, Antologia pamięci 1939-1945

Cztery lata - tyle potrzebowałem by powrócić do "Antologii pamięci". Sam nie wiem czemu przerwałem jej lekturę - chyba z powodu depresyjnego klimatu, którym byłem już za bardzo zmęczony. Może i dobrze, bo przed tomem "Za drutami" przydatny jest głęboki oddech.


Jak na każdą dotychczas przeczytanych części antologii, także i na tą składają się teksty lepsze i powiedzmy... dyskusyjne z różnych zresztą powodów. Linia podziału przebiega bardzo nieregularnie. Do tej pierwszej grupy z pewnością zaliczyć można fragmenty z "I boję się snów" Wandy Półtawskiej, poświęcone eksperymentom na kobietach przeprowadzanych w obozie Ravensbruck wciskające ze zgrozy czytelnika w fotel. Nie wymagają rekomendacji teksty Tadeusza Borowskiego, Seweryny Szmaglewskiej (te z "Dymów nad Birkenau") i Gustawa Morcinka.

Ale zapytać już można co w zbiorze robi "Doktor Spanner" Zofii Nałkowskiej choć w jej "Medalionach" są przecież szkice poświęcone obozom. Nieporozumieniem, są opowiadania Stanisława R. Dobrowolskiego i Adolfa Rudnickiego zamieszczone chyba tylko dlatego by wypełnić jakoś plan antologii ułożony chronologicznie, począwszy od transportu do obozu, poprzez dzień codzienny po wyzwolenie i okres poobozowy. Teksty te są i mało interesujące literacko, a i ich wiarygodność jest niewielka ponieważ żaden autorów nie był więźniem.

Zresztą, mówiąc szczerze, przeszłość obozowa nie przekłada się automatycznie na literacką jakość ich tekstów. Nie wątpię w tragizm przeżyć więźniów-autorów ale przełożenie tego na papier nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza jeśli za punkt odniesienia bierze się to co z literatury obozowej najlepsze. Tak jest w przypadku "Człowiek staje się numerem" Krystyny Żywulskiej pisanym z punktu widzenia niezłomnej i dumnej Polki, pokrewnemu temu co Zofia Kossak prezentowała w "Z otchłani""Walczącego obozu" Tadusza Hołuja, gdzie można odnieść wrażenia, że najważniejsza dla więźniów była polityka i partia (coś na wzór "Nagiego wśród wilków" Bruno Apitza) czy "Ludzi podziemnych" Michała Rusinka.

Mnie zaintrygowało opowiadanie Ryszarda Gerta "Trzeba głęboko oddychać", (najciekawsze z całego zbioru, obok "Szewca Ajzyka" Jerzego Rawicza, podejmującego problem pogodzenia się ze złem) trochę w stylu Tadeusza Borowskiego, przedstawiające dylematy kapo, który musi wybierać pomiędzy miłością a chęcią przeżycia. Jego wymowę osłabia jednak świadomość, że wbrew temu co można wyczytać na Lubimy czytać autor wcale nie był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych, co nie zmienia faktu, że jego biografia wcale nie jest przez to mniej ciekawa.

Trochę szkoda, że w antologii zamiast mniej udanych tekstów nie zamieszczono choćby "Za drutami śmierci" Abrahama Kajzera i "Anus mudni" Wiesława Kielara, no ale ta ostatnia książką nie miała na to szans z oczywistych względów, bo ukazała się już po wydaniu antologii.   

niedziela, 7 maja 2017

Lot nad kukułczym gniazdem, Ken Kesey

Nie wiem, czy to jakiś przedziwny zbieg okoliczności, ale nie trafiłem jeszcze na słabą książkę, której bohaterem jest chory psychicznie - "Ptasiek" Whartona, "K-Pax" Brewstera, "Obłęd" Krzysztonia z naszego podwórka i oczywiście "Lot nad kukułczym gniazdem". Książka z gatunku tych, o których mówi się - kultowa, choć swoje, na tym polu, zrobił pewnie też i film Milosa Formana.


Dziwna sprawa, ale książki Keseya w gruncie rzeczy nie odbiera się jako powieści o wariatach, żyjących w psychiatryku pod opieką personelu, który w gruncie rzeczy sam wymagałby opieki psychiatrycznej, wydawałoby się, że jest to jej najbardziej oczywiste odczytanie. To raczej parabola ukazująca stłamszenie wolności człowieka przez instytucje państwa. Zaskakujące, że to przykrawanie do obowiązującego wzorca odbywa się na własne żądanie ludzi, którym wmówiono niedostosowanie do obowiązujących norm. Okazuje się tymczasem, że to niedostosowanie jest wynikiem wrażliwości, wrażliwości na uczucia matki, żony czy też na społeczną dyskryminację. Jeśli ktoś dostrzega wady w społecznej maszynerii i nie godzi się z nimi to tym gorzej dla niego.

Dlatego też, "Lot nad kukułczym gniazdem" czyta się raczej jako książką o potrzebie wolności, o buncie, o niezgodzie na świat, w którym niewiele mamy do powiedzenia i który inni meblują nam mówiąc, że wiedzą lepiej od nas co jest dla nas dobre a co złe i odmawiają nam prawa dokonywania własnych wyborów. Jest gdzieś granica pozwolenia na taki porządek. Robimy to z różnych powodów, z obawy, pod namową, z niewiary we własne siły ale okazuje się, że nie jesteśmy gorsi od tych, którym wydaje się, że mają prawo decydowania o nas za nas. Że jeśli tylko chcemy możemy się z tych więzów, które w dużej mierze sami pomogliśmy sobie założyć wyzwolić. Jest gdzieś granica, trzeba tylko by ktoś nam pokazał, że da się ją przekroczyć, jeśli tylko naprawdę chcemy i zechcemy zadecydować sami o sobie.

Ci którzy decydują za nas, ze swoim poczuciem władzy sądzą, że są nieomylni, nie dlatego, że są inteligentniejsi od nas, mądrzejsi lecz tylko dlatego, że sądzą, iż mają nad nami władzę. W powieści Keseya władzę sprawuje, uzurpując ją sobie, siostra Ratched. Ta okoliczność sprawia, że książkę można doskonale "wyzyskać feministycznie", że tak powiem. Czyż uczynienie przez Keseya (mężczyznę) siostry oddziałowej (kobiety) postacią tłamszącej wolność, niszczącej osobowość pacjentów (mężczyzn) nie nadaje się do tego?! Nie wątpię, że krytyka ponowoczesna już się tym problemem zajęła, a jeśli nie to najwyższy czas ku temu by "zdekodować" ten przejaw męskiego szowinizmu niepotrafiącego się pogodzić z tym, że kobieta także może sprawować władzę.

Ale oczywiście nie dlatego "Lot nad kukułczym gniazdem" jest świetną powieścią. Jakoś jest tak, że w trakcie lektury "akcentu matriarchalnego" wcale nie odbiera się jako dominującego. Książka byłaby równie przejmująca gdyby na miejscu siostry Ratched znajdował się jakiś mężczyzna ogarnięty rządzą władzy. Zresztą siostra z oddziału furiatów i czarni (w czym zapewne krytyka postkolonialna znalazłaby dowód na na rasizm autora) pokazują, że zło u Keseya nie jest immanentną częścią kobiety lecz jest cechą ogólnoludzką, podobnie jak jest nią także dobro. 

środa, 3 maja 2017

Homo Faber, Max Frisch

Nie będę udawał, Max Frisch mnie nie przekonał. A wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze - status jakim cieszy się autor i jego "Homo Faber", wróżyły jak najlepiej. I nawet nie to, bym mógł powiedzieć, że książka jest słaba, bo nie jest. Po prostu jest nieprzekonująca i nie pomogło jej nawet to, że akcja rozgrywa się miejscach, które za młodu sam poznałem i mój sentyment do nich. W niczym nie zmienia to faktu, że "iluminacja" jakiej doznał główny bohater i jego przemiana są tak nieprzekonujące psychologicznie, że niebezpiecznie ocierają się o temat w sam raz do jakiejś opery mydlanej.  


Frisch sprzedaje "ciemnemu ludowi" (jakby to powiedział "klasyk") łzawą historyjkę w serwowanym łopatologicznie sztafarzu nawiązującym do antycznego dramatu. Czytelnicy mają uwierzyć, że do zapatrzonego w siebie faceta, przez całe życie traktującego ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć, niczym kierowca przydrożne drzewa, nagle dociera, że wartość życia mierzy się poprzez pryzmat tego jakim jest się dla innych.

I cóż takiego się stało, że nagle doznał takiego olśnienia - spotkał w samolocie brata przyjaciela z młodości, z którym nie widział się przez dwadzieścia lat? Czy ktoś w to uwierzy - że rzuca wszystko by spotkać się z człowiekiem, z którym nic go nie łączy? Cóż z niego za homo faber, skoro dla impulsywnej zachcianki ryzykuje powodzenia wielkiego projektu. A może to nie jest żaden człowiek pracy bo przecież w jego działaniach nie chodzi o samą istotę pracy lecz chodzi mu o niego samego? Nie interesuje go wszakże głębszy sens pracy, to co ona za sobą niesie dla innych lecz to jak ona sytuuje go wobec nich, to co z niej "wyciśnie" dla siebie.

Czytelnik ma uwierzyć, że tytułowy bohater z jednej strony ignoruje uczucia kobiety, z którą jest związany a jednocześnie jest wrażliwy jak mimoza w relacji z przypadkowo spotkaną dziewczyną, którą widzi pierwszy raz w życiu. Jak na człowieka, wydawałoby się uporządkowanego (w tym sensie, że wszystko podporządkowującego zawodowym zadaniom stawianym przez jego pryncypałów), trochę to dziwne. Jeszcze przed chwilą opędzał się od kochanki i wizji ustabilizowanej przyszłości a tu nagle chce mu się jakichś rozrachunków z przeszłością i myśli o małżeństwie z dwudziestolatką. Dlaczego? Co takiego się stało? Czyżby to wszystko zaczęło się od tego, że rozbolał go brzuch na lotnisku?!  

Jakoś tego nie kupuję. Mam uwierzyć, że ten idący po trupach do celu, oszukujący innych i siebie egoista nagle doznaje skrupułów? Bo jakże to, planuje małżeństwo z własną córką a jednocześnie nie konsumuje tego związku wcześniej. Czyżby Frisch bał się pójść na całość i nie odważył się postawić kropki nad i bo Walter Faber upadłby już na samo dno i nie byłoby już dla niego żadnego ratunku? A to dopiero byłoby coś! A tak wyszła jakaś dziwaczna gradacja, pomiędzy kazirodczym narzeczeństwem a kazirodczym małżeństwem. Czyżby to pierwsze miało być mniej obrzydliwe od drugiego?

No i jeszcze to upozowanie postaci na kształt bohaterów antycznego dramatu, w którym przebaczenie win i chęć odkupienia wcale nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia bo i tak dosięga ich śmierć. Miało to chyba dodać powieści Frischa głębi, ale jest tak przejrzyste, że odbiera "Homo Faberowi" walor literackiej gry z czytelnikiem sprawiając jedynie wrażenie taniej pozłoty. A jak wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci. 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Zły, Leopold Tyrmand

Przeczytałem "Złego"... Pamiętam swoje zdziwienie, po pierwszym z nim spotkaniu, dwadzieścia lat temu z okładem, o co ten cały hałas, cóż to znowu takiego? Kryminał, którego akcja toczy się w Warszawie, wielkie mi rzeczy! Teraz już wiem, czemu książka narobiła tyle rabanu, ale nie ma co ukrywać, to nie tylko wiek zrobił swoje lecz także i lata mieszkania w Warszawie, bo "Zły" jest książką bardzo mocno "stargetowaną". Oczywiście może przeczytać ją każdy ale nieznajomość topografii Warszawy odbiera powieści Tyrmanda dużą część, jeśli nie całość jej magii, także dzisiaj. A jaka ona musiała być te 60 lat temu z okładem, gdy na własne oczy można było zweryfikować prawdziwość opisów miasta, to mogę sobie tylko wyobrazić.


Wówczas "Zły" rzeczywiście musiał robić niesamowite wrażenie, skoro i dzisiaj po latach obraz Warszawy stanowi równie ważny co sama akcja, jeśli nie ważniejszy, element książki. Jakaż różnica w zestawieniu z tym co spotyka się we współczesnych produkcjach nieudolnie przenoszących akcję w przeszłość. Jakoś nie wyobrażam sobie by ktoś był w stanie współcześnie konkurować z Tyrmandem w dziedzinie odmalowania Warszawy połowy lat 50-tych. Mistrz może być tylko jeden. Nie bez znaczenia jest także i to, że oprócz portretu zniszczonego, powoli odbudowującego się miasta stworzył niebanalną powieść sensacyjną.

Niech nikogo nie zwiodą trywialne nazwiska kioskarza Kolodonta, cukiernika Kompota, milicjanta Dziarskiego czy Olimpii Szuwar, obiektu uczuć prezesa spółdzielni "Woreczek" Filipa Merynosa bo ich perypetie i perypetie pozostałych bohaterów nie są już tak trywialne i śmieszne. Pewnie, może ktoś powiedzieć, że choćby "awantury miłosne" Marty Majewskiej to szczyt trywialności (choć biorąc pod uwagę to w jakimś świetle stawiają pannę Martę chyba jednak nie są tak trywialne jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało), nie mówiąc już o "cierpliwym wzdychaniu" prezesa Merynosa ale przynajmniej w moim przypadku, na odbiorze "Złego" zaważyły nie one, lecz losy Kuby Wirusa i Hawajki. Powiem więcej, zwłaszcza Hawajki. Jej potulna rezygnacja, pogodzenie się z losem ale ze świadomością bezpowrotnej utraty tego czegoś, czego nie zazna u boku kochającego męża, który zapewni jej stabilizację, dostatnie życie i awans społeczny na miarę jej wyobrażeń, rzuca głęboki cień na całą książkę. Happy end innej pary, bez wątpienia ważniejszej z punktu widzenie konstrukcji powieści, ale budzącej mniej sympatii, jeszcze ten cień pogłębia i w rezultacie kończy się książkę w jakimś takim lekko depresyjnym nastrojem.

Dziwne, przecież finał jest szczęśliwy - miłość kwitnie, przestępcy (nie wszyscy) złapani, sprawiedliwość triumfuje (w ograniczonym stopniu), Warszawa się odbudowuje. Co za historia, chciałoby się powiedzieć. A jednak, coś tu szwankuje, "pospolitość skrzeczy". Tylko czekać kiedy miejsce prezesa Merynosa zajmie Szaja, natura przecież nie znosi próżni, a sędzia Chwała okazała się naiwna, choć pewnie nikt by się nie zdziwił gdyby Tyrmand uczynił ją przekupną, zwłaszcza, że efekt jej decyzji byłby taki sam w obu przypadkach? Porucznik Dziarski i jego koledzy z milicji będą znowu mieli pełne ręce roboty. I cóż z tego, że złapią złoczyńców, co wcale takie pewnie nie jest, bo kto im tym razem pomoże?

Tyrmand zawiesił poprzeczkę autorom powieści kryminalnych i sensacyjnych bardzo wysoko, nie wiem czy komuś udało się ją przez te wszystkie lata od 1955 roku przeskoczyć. Pokazał, że literatura tego rodzaju, nie musi się sprowadzać do wypocin w stylu "zabili go i uciekł". Oczywiście, nie może się obejść bez przestępcy, zbrodni i kary ale nie to stanowi o rzeczywistej wartości książki. Tylko nieliczne kryminały przetrwały dzięki temu, "Zły" do nich nie należy bo przetrwał przede wszystkim jako obraz miasta przez lata nieobecnego w oficjalnym obiegu. Klimatu "Koszyków", "ciuchów" i barów dworcowych spełniających rolę "pogotowia", klimatu ruder, bram i pokątnych warsztatów krawieckich.

To co jest największą zasługą Tyrmanda, to to, że nie mitologizuje tego klimatu. Cóż za różnica, jeśli zestawi się go z Grzesiukiem (i nic to, że akcję ich książek dzieli jakieś dwadzieścia lat). W "Złym" sprawa jest jasno postawiona, "bohaterowie miasta" to nie żadni herosi ulicy kierujący się swoim kodeksem honorowym, lecz zwyczajni bandyci mniejszego i większego formatu (w tym znaczeniu, że gotowi popełnić mniejsze lub większe zło). Nie ma w nich żadnego "romantyzmu", im chodzi tylko o to by szybko zdobyć pieniądze, o to by się napić i zabawić (nie zawsze w tej kolejności). Mocni wówczas gdy czują przy sobie kolegów i których lojalność kończy się tam, gdzie zagrożony jest własny interes. Smutna prawda i upadek mitu "warszawskiego chojraka". 

środa, 5 kwietnia 2017

Cząstki elementarne, Michel Houellebecq

Spóźniłem się na dyskusję u Marty z "Leżę i czytam" ale nawet gdybym zdążył i tak bym się chyba o "Cząstki elementarne" nie awanturował, bo moje odczucia na ich temat nie są do końca sprecyzowane i należą do tak zwanych "uczuć mieszanych". Z jednej strony byłem, zdegustowany pornografią, z drugiej jednak zgadzałem się, co do oceny współczesnego społeczeństwa, mając przy tym wrażenie, że byłem w literackim gabinecie luster, w którym widzi się wyolbrzymione te cechy, które i w naturze są aż nadto wyraziste.


"Cząstki elementarne" są, że tak powiem powieścią "lokalną" w tym sensie, że odnoszą się do społeczeństwa francuskiego. Pokolenie '68 z jego kulturowym bagażem, które jest już w wieku sprzyjającym dokonywaniu bilansu u nas nie istnieje. Nie oszukujmy się, jesteśmy "IV ligą Europy" i choć występują one u nas problemy społeczeństw dobrobytu, to daleko im do rozmiarów jakie osiągnęły we Francji Houellebecqa. Nie dziwię się, że jego powieść odbiła się tam takim rezonansem - to musiało być denerwujące dla niektórych, gdy usłyszeli, że ich "nowoczesność", która "obaliła judeochrześcijańskie wartości moralne" wstawiając w ich miejsce "apologię młodości i wolności osobistej" oznacza klęskę humanizmu i stworzenie społeczeństwa zglajszachtowanego, a nieznająca granic wolność osobista znajdzie finał w praktycznej realizacji Huxley'owskiej dewizy, że "szczęśliwi ludzi to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji".

Tak jak mogło być denerwujące skarykaturowanie bełkotu guru francuskich intelektualistów - Lacana (ciekawe ilu czytelników "Cząstek elementarnych" wie o co chodzi, gdy Houellebecq pisze, że "według hipotezy Margnau świadomość indywidualną można dołączyć do pola prawdopodobieństwa w przestrzeni Focka, określonej jako prosta suma przestrzeni Hilberta. Przestrzeń ta mogła w zasadzie być zbudowana z podstawowych zdarzeń elektronicznych, dziejących się na poziomie synaptycznych mikropunktów. Zachowanie normalne można było wówczas łączyć z elastyczną deformacją pola, czyn wolny natomiast - z pewnym rozdarciem. Ale w jakiej topologii? Nie było wcale oczywiste, że naturalna topologia przestrzeni Hilberta pozwala na stwierdzenie istnienia czynu wolnego: nie było nawet pewności, czy ten problem może być w ogóle rozważany, chyba że przy użyciu niezwykle metaforycznych określeń").

I tak jak mógł być denerwujący głos na temat fiaska modelu życia, w którym zredukowano je do indywidualnej egzystencji, w której nic nie znaczą ani przeszłe ani przyszłe pokolenia sprawia, że "pod koniec jest już tylko samotność, chłód i cisza. Pod koniec jest już tylko śmierć.", a zwłaszcza fiaska osobistego życia kobiet, "które w roku 1968 miały dwadzieścia lat, w wieku lat czterdziestu znalazły się w przykrej sytuacji. Przeważnie rozwiedzione, nie mogły znaleźć oparcia w małżeństwie - czy to z miłości, czy z interesu - zrobiły bowiem wszystko, by doprowadzić do jego rozpadu. Należąc do pokolenia, które jako pierwsze głosiło wyższość młodości nad wiekiem dojrzałym, nie mogły się dziwić, że następne pokolenie patrzy na nie z pogardą." Cóż to za policzek w twarz dla feminizmu, oświadczyć, że kobieta jest nieszczęśliwa, jeśli w życiu nie zazna miłości ze strony mężczyzny i radości macierzyństwa!

Ale wypada oddać sprawiedliwość Houellebecqowi - w jego książce przegrywają nie tylko kobiety; samotne i rozpaczliwie szukające miłości, przegrywają także mężczyźni. Płeć nie stanowi tu żadnej różnicy. Wszyscy płacą za to, że dla ich rodziców postawiony na piedestale "ideał wolności osobistej" okazał się nie do pogodzenia z nudnymi i uciążliwymi zajęciami związanymi z wychowaniem dziecka. Główni bohaterowie zresztą sami w gruncie rzeczy nie są lepsi od swych rodziców robiąc to samo co oni i zbyt późno zdając sobie sprawę z własnych błędów. Żyjąc w "świecie rywalizacji i walki, próżności i agresji, nie dane im było żyć w harmonijnym świecie; ale nie uczynili nic, żeby zmienić świat, nie uczynili nic, żeby to naprawić". Nie mają nawet tego komfortu by winę za klęskę swojego życia zrzucić na kogoś innego.

To prawda, że do Francji nam daleko, ale chyba nie aż tak daleko jak się wydaje. Niedawno przeczytałem, że Superbohaterką "Wysokich Obcasów" została piosenkarka, której "zasługą" było to, że dokonała aborcji bo... mieszkanie było za ciasne. Witamy w świecie Michela Houellebecqa.